Pstryczki i inne zjawiska pogodowe
Chciałam zacząć wstępem, że - zgodnie z oczekiwaniami - wytrzymałam tylko parę dni w otoczce systematyczności i zdążyłam napoić się chwilą wystarczająco, żeby tutaj tak nie zaglądać.
Ale później stwierdziłam:
Po co tak to przyjmować? Hey ho, let's go!
Koniec końców i tak właśnie taki wstęp powstał. Trochę ironicznie, bo powstał jako tłumaczenie dlaczego nie powstanie, ale jest. No cóż, bywa i tak.
Dzień dobry bardzo, drogi Ktosiu, jeżeli tu jesteś. Dużo się zmieniło od ostatniego czasu, zdecydowanie więcej niż bym przypuszczała. Z tego też powodu ukryłam parę poprzednich wpisów. Z jednej strony chciałabym je zmienić, patrząc z perspektywy czasu, jednak z drugiej czuję, że nie powinnam. Nie zmienia się wpisów w pamiętniku. Podchodzę właśnie trzeci (czwarty (już piąty, mam nadzieję, że to ostatni)) raz do pisania tego zdania (piąty raz już do całego postu). Miałam parę pomysłów na to, co tutaj zrobić, jednak wszystko wyparowało lub okazywało się być niewystarczające. Być może najlepszy pomysłem będzie podsumować wszystkie te zmiany?
Tak przynajmniej chciałam zrobić, jednak dzisiaj wyjątkowo czuję potrzebę porozmawiania. Zaczęłam wcześniej pisać o moim ostatnim koncercie, Kwiecie Jabłoni w Parlamencie w Gdańsku, jednak byłam wtedy oczarowana i w euforii parę dni po samym wydarzeniu, więc wszystko wyglądało chaotycznie, a prawdę mówiąc nie mam dzisiaj ochoty na rozpisywanie się o tym. Wystarczy chyba napisać, że po prostu było wspaniale. Koncert przeszedł moje najśmielsze oczekiwania (a ze wstydem muszę przyznać, że nie były one wysokie). Można powiedzieć, że dopiero po tym muzycznym spotkaniu zaczęłam prawdziwą przygodę z tym zespołem, bo poczułam jak przemawia to do mnie na nowo. Za parę dni mam nadzieję skakać przy scenie do słów ich piosenki.
I tutaj pojawia się Pol'and'Rock! Otóż to, ku nawet mojemu zdziwieniu w tym roku uda mi się jechać na Woodstock (tak bardzo przylgnęła ta nazwa do festiwalu, że nie sposób nie nazwać go tak chociaż raz). Trochę się boję, trochę stresuję, ale przede wszystkim ogromnie się cieszę. Od bardzo dawna chciałam wreszcie się tam pojawić, jednak głównie ze względu na mój wiek nie było takiej możliwości. Teraz w końcu się pojawiła i mam nadzieję wykorzystać tę okazję na sto procent, a po wszystkim (oby) napisać wszystko tutaj, żeby: a) wylać z siebie emocje, b) móc zawsze do tego wracać.
No i tak dochodzimy do kolejnego, jednocześnie najgorszego i najważniejszego punktu (dopiero tutaj włączyłam muzykę; tym razem nie słuchałam jej do pisania od początku).
Okay, od początku.
Mój problem polega na tym, że nie potrafię rozmawiać z ludźmi o tym, o czym chcę porozmawiać. Trzymam w sobie emocje i problemy, bo boję się otworzyć przed innymi. Czasem, wieczorami, kiedy akurat napływa we mnie trochę pewności, piszę do (najpewniej jedynej w takim stopniu zaufanej w tym momencie) osoby wiadomość o treści, mniej więcej: "Jak spotkamy się następnym razem, każ mi mówić. Będę wiedziała o co chodzi, potrzebuję się wygadać. Będę się zaklinała, że nie chcę, ale nie pozwól mi nie mówić, ale na pewno nie będę chciała. Dziękuję". Wtedy dostaję odpowiedź, że mam mówić teraz, jednak zawsze kończy się na tym, że wolę to powiedzieć na żywo, ale na pewno nie będę chciała, ale po prostu mnie zmuś. No i następnie wszystko to ląduje w koszyku "nieważne", bo ta osoba zapomina, a ja uznaję, że to była strasznie głupia błahostka. I tak sobie w tym trwam, udając, że mi to odpowiada, aż do momentu, w którym tak strasznie chce o czymś opowiedzieć. I nie mogę, bo wszystko to wygląda mi na głupie i tak przyziemne, że bez sensu. Nawet jeśli wiem, że o takich rzeczach też się rozmawia - ba, nawet najczęściej o takich właśnie! - to nie chce to ze mnie wyjść, i tyle.
Inną sprawą są pstryczki. Mogę napisać o nich ogólnie, ale mogę dodać je opisując inną rzecz, co też chyba uczynię.
Sprawa wygląda tak, że chyba kogoś poznałam. Tak, dokładnie w takim znaczeniu, w jakim przeważnie się to mówi. Nie jestem nawet do końca pewna co chciałabym na ten temat napisać, ale czasem chce się to wyrzucić z siebie. Jest fajnie. To chyba nawet pierwszy raz, kiedy osoba, która (tak mi się wydaje?) jest dla mnie ważna pod tym konkretnym względem jest po prostu kimś, kto przewija mi się tak o, na co dzień. I to jest całkiem fajne, tak naprawdę.
Nie bez powodu ciągle wtrącam przypuszczenia i niepewności: "chyba, niewykluczone, wydaje mi się", bo sama nie wiem jak do tego podejść i co tak naprawdę o tym myślę. Pierwszy raz jestem w sytuacji, kiedy myślę o tym całkiem realnie. Na chwilę obecną jednak uważam, że dobrze mi z tymi niewiadomymi częściami (ah, minęły czasy planowania wspólnego życia zaraz po pierwszym projekcie w parze ze szkolnym kolegą).
Przejdźmy jednak do pstryczków, bo one też są tutaj istotne. Pstryczki, czyli zachowania, które "włączają" pewność siebie w człowieku lub do niej prowadzą, nazwane tak przez jedną z ważnych osób z mojego otoczenia. Spójrzmy na to tak: w kolejce przede mną w jakimś sklepie, na potrzeby historii powiedzmy, że to Rossmann (jak wiemy kolejki tam potrafią być zabójcze), stoi dziewczyna z tatuażem, który podoba mi się do tego stopnia, że mogłabym w tym momencie oddać się tatuażyście i powiedzieć: "rób". Nie mówię jej, że uważam go za cudowny, bo... No właśnie, bo co? Czego tak właściwie się obawiam? Skutki mogą być chyba tylko pozytywne - jej zrobi się miło, że ktoś tak uważa, może poprawię jej dzień, a na pewno poprawię go też sobie, jeśli zauważę, że moja uwaga zrobiła jej przyjemność. I to właśnie ten pstryczek. Zrobić coś, co tylko wydaje się być straszną interakcją społeczną, a tak naprawdę jest czymś bardzo miłym. Jakiś czas temu podczas mojego pobytu we Wrocławiu (ah, Wrocławiu, kocham cię szczerze), zaczepiła mnie dziewczyna, która zwróciła uwagę na mój plecak. Powiedziała, że zauważyła mnie wcześniej i nie mogła powstrzymać się, żeby podejść do mnie i powiedzieć, jaki jest cudowny. Zapytała też skąd go mam, a ja z wielką radością podałam jej stronę, z której go zamawiałam. Tym krótkim spotkaniem, w zasadzie po prostu drobną interakcją, żyłam przez dobre trzy dni. To chyba był początek rozważań o pstryczku (tak na poważnie zaczęło się trochę później od filmu "Trzy metry od siebie", który generalnie nie uważam za coś wybitnego, jednak myślę, że w całkiem przyjemny sposób przekazuje coś istotnego)
Powiedzieć komuś coś miłego. Uśmiechnąć się do mijanej osoby. Wymienić parę zdań z samotną panią w autobusie. Powiedzieć osobie, na której nam zależy, co do niej czujemy. Co może się stać? Tak naprawdę nie może stać się nic. Nawet w tym ostatnim przykładzie, mimo, że akurat tam może pójść coś nie tak. Ale czy tylko dlatego nie należy próbować? Dlaczego rezygnować? Dlaczego bić się z tym całym: co by było, gdyby...? Dlaczego żałować, kiedyś tam, w przyszłości.
Nie warto.
Póki co jestem trochę hipokrytą. Sama do tej pory tego nie załatwiłam. Ale dbam o moje pstryczki i próbuję zdobyć je wszystkie na drodze do bycia kimś, kto swoją pewnością może zarażać innych. A to naprawdę, absolutnie cudownie wygląda teraz, z perspektywy szarego, małego człowieczka.
Ale, ale. Chciałabym również, wszem i wobec, zadeklarować, że to załatwię. I powiem co chcę powiedzieć. Nie mam konkretnego deadline'u, ale wierzę, że po prostu jakoś mi się to uda. A ty, drogi Ktosiu, jeśli jakiś Ktoś tutaj w ogóle jest, trzymaj za mnie kciuki. Dam znać.
No i już, przyszedł czas na piosenkę. Przy fragmencie mówiącym o tym, że dopiero włączam muzykę, chciałam dać tutaj coś raczej smutnego. ale teraz, na koniec, ani mi się myśli tak robić ;)
Tak przynajmniej chciałam zrobić, jednak dzisiaj wyjątkowo czuję potrzebę porozmawiania. Zaczęłam wcześniej pisać o moim ostatnim koncercie, Kwiecie Jabłoni w Parlamencie w Gdańsku, jednak byłam wtedy oczarowana i w euforii parę dni po samym wydarzeniu, więc wszystko wyglądało chaotycznie, a prawdę mówiąc nie mam dzisiaj ochoty na rozpisywanie się o tym. Wystarczy chyba napisać, że po prostu było wspaniale. Koncert przeszedł moje najśmielsze oczekiwania (a ze wstydem muszę przyznać, że nie były one wysokie). Można powiedzieć, że dopiero po tym muzycznym spotkaniu zaczęłam prawdziwą przygodę z tym zespołem, bo poczułam jak przemawia to do mnie na nowo. Za parę dni mam nadzieję skakać przy scenie do słów ich piosenki.
I tutaj pojawia się Pol'and'Rock! Otóż to, ku nawet mojemu zdziwieniu w tym roku uda mi się jechać na Woodstock (tak bardzo przylgnęła ta nazwa do festiwalu, że nie sposób nie nazwać go tak chociaż raz). Trochę się boję, trochę stresuję, ale przede wszystkim ogromnie się cieszę. Od bardzo dawna chciałam wreszcie się tam pojawić, jednak głównie ze względu na mój wiek nie było takiej możliwości. Teraz w końcu się pojawiła i mam nadzieję wykorzystać tę okazję na sto procent, a po wszystkim (oby) napisać wszystko tutaj, żeby: a) wylać z siebie emocje, b) móc zawsze do tego wracać.
No i tak dochodzimy do kolejnego, jednocześnie najgorszego i najważniejszego punktu (dopiero tutaj włączyłam muzykę; tym razem nie słuchałam jej do pisania od początku).
Okay, od początku.
Mój problem polega na tym, że nie potrafię rozmawiać z ludźmi o tym, o czym chcę porozmawiać. Trzymam w sobie emocje i problemy, bo boję się otworzyć przed innymi. Czasem, wieczorami, kiedy akurat napływa we mnie trochę pewności, piszę do (najpewniej jedynej w takim stopniu zaufanej w tym momencie) osoby wiadomość o treści, mniej więcej: "Jak spotkamy się następnym razem, każ mi mówić. Będę wiedziała o co chodzi, potrzebuję się wygadać. Będę się zaklinała, że nie chcę, ale nie pozwól mi nie mówić, ale na pewno nie będę chciała. Dziękuję". Wtedy dostaję odpowiedź, że mam mówić teraz, jednak zawsze kończy się na tym, że wolę to powiedzieć na żywo, ale na pewno nie będę chciała, ale po prostu mnie zmuś. No i następnie wszystko to ląduje w koszyku "nieważne", bo ta osoba zapomina, a ja uznaję, że to była strasznie głupia błahostka. I tak sobie w tym trwam, udając, że mi to odpowiada, aż do momentu, w którym tak strasznie chce o czymś opowiedzieć. I nie mogę, bo wszystko to wygląda mi na głupie i tak przyziemne, że bez sensu. Nawet jeśli wiem, że o takich rzeczach też się rozmawia - ba, nawet najczęściej o takich właśnie! - to nie chce to ze mnie wyjść, i tyle.
Inną sprawą są pstryczki. Mogę napisać o nich ogólnie, ale mogę dodać je opisując inną rzecz, co też chyba uczynię.
Sprawa wygląda tak, że chyba kogoś poznałam. Tak, dokładnie w takim znaczeniu, w jakim przeważnie się to mówi. Nie jestem nawet do końca pewna co chciałabym na ten temat napisać, ale czasem chce się to wyrzucić z siebie. Jest fajnie. To chyba nawet pierwszy raz, kiedy osoba, która (tak mi się wydaje?) jest dla mnie ważna pod tym konkretnym względem jest po prostu kimś, kto przewija mi się tak o, na co dzień. I to jest całkiem fajne, tak naprawdę.
Nie bez powodu ciągle wtrącam przypuszczenia i niepewności: "chyba, niewykluczone, wydaje mi się", bo sama nie wiem jak do tego podejść i co tak naprawdę o tym myślę. Pierwszy raz jestem w sytuacji, kiedy myślę o tym całkiem realnie. Na chwilę obecną jednak uważam, że dobrze mi z tymi niewiadomymi częściami (ah, minęły czasy planowania wspólnego życia zaraz po pierwszym projekcie w parze ze szkolnym kolegą).
Przejdźmy jednak do pstryczków, bo one też są tutaj istotne. Pstryczki, czyli zachowania, które "włączają" pewność siebie w człowieku lub do niej prowadzą, nazwane tak przez jedną z ważnych osób z mojego otoczenia. Spójrzmy na to tak: w kolejce przede mną w jakimś sklepie, na potrzeby historii powiedzmy, że to Rossmann (jak wiemy kolejki tam potrafią być zabójcze), stoi dziewczyna z tatuażem, który podoba mi się do tego stopnia, że mogłabym w tym momencie oddać się tatuażyście i powiedzieć: "rób". Nie mówię jej, że uważam go za cudowny, bo... No właśnie, bo co? Czego tak właściwie się obawiam? Skutki mogą być chyba tylko pozytywne - jej zrobi się miło, że ktoś tak uważa, może poprawię jej dzień, a na pewno poprawię go też sobie, jeśli zauważę, że moja uwaga zrobiła jej przyjemność. I to właśnie ten pstryczek. Zrobić coś, co tylko wydaje się być straszną interakcją społeczną, a tak naprawdę jest czymś bardzo miłym. Jakiś czas temu podczas mojego pobytu we Wrocławiu (ah, Wrocławiu, kocham cię szczerze), zaczepiła mnie dziewczyna, która zwróciła uwagę na mój plecak. Powiedziała, że zauważyła mnie wcześniej i nie mogła powstrzymać się, żeby podejść do mnie i powiedzieć, jaki jest cudowny. Zapytała też skąd go mam, a ja z wielką radością podałam jej stronę, z której go zamawiałam. Tym krótkim spotkaniem, w zasadzie po prostu drobną interakcją, żyłam przez dobre trzy dni. To chyba był początek rozważań o pstryczku (tak na poważnie zaczęło się trochę później od filmu "Trzy metry od siebie", który generalnie nie uważam za coś wybitnego, jednak myślę, że w całkiem przyjemny sposób przekazuje coś istotnego)
Powiedzieć komuś coś miłego. Uśmiechnąć się do mijanej osoby. Wymienić parę zdań z samotną panią w autobusie. Powiedzieć osobie, na której nam zależy, co do niej czujemy. Co może się stać? Tak naprawdę nie może stać się nic. Nawet w tym ostatnim przykładzie, mimo, że akurat tam może pójść coś nie tak. Ale czy tylko dlatego nie należy próbować? Dlaczego rezygnować? Dlaczego bić się z tym całym: co by było, gdyby...? Dlaczego żałować, kiedyś tam, w przyszłości.
Nie warto.
Póki co jestem trochę hipokrytą. Sama do tej pory tego nie załatwiłam. Ale dbam o moje pstryczki i próbuję zdobyć je wszystkie na drodze do bycia kimś, kto swoją pewnością może zarażać innych. A to naprawdę, absolutnie cudownie wygląda teraz, z perspektywy szarego, małego człowieczka.
Ale, ale. Chciałabym również, wszem i wobec, zadeklarować, że to załatwię. I powiem co chcę powiedzieć. Nie mam konkretnego deadline'u, ale wierzę, że po prostu jakoś mi się to uda. A ty, drogi Ktosiu, jeśli jakiś Ktoś tutaj w ogóle jest, trzymaj za mnie kciuki. Dam znać.
No i już, przyszedł czas na piosenkę. Przy fragmencie mówiącym o tym, że dopiero włączam muzykę, chciałam dać tutaj coś raczej smutnego. ale teraz, na koniec, ani mi się myśli tak robić ;)
Za dużo napisałabym o tym teledysku jakbym teraz zaczęła.
Uważam po prostu, że jest cudowny.
To byłoby na tyle. Dziękuję za uwagę i życzę dobrej nocy, dobrego dnia lub fajnego popołudnia.
No i psytyczków! Nie zapominajmy o pstryczkach. Pstryczki są fajne i pstryczków też wam życzę.
Do później, kiedyś, oby niedługo!
-A
***
Po przeczytaniu tego już na koniec, w celu sprawdzenia, stwierdziłam, że jednak chcę dać inną piosenkę, nie jako zamiennik Harry'ego (w życiu!), ale dodatkowo. Całkiem dobrze się wpasowuje, chyba.
Komentarze
Prześlij komentarz